poniedziałek, 5 czerwca 2017

Pirat pod wpływem. Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara - recenzja

Znalezione obrazy dla zapytania pirates of the caribbean 5
Koszmarne grafiki promocyjne? Check! 
Piraci z Karaibów to ówcześnie jedna z najbardziej owocnych marek Disneya. Sukces Piratów nie był jednak z góry przewidziano, bowiem pierwszy film powstał jedynie dzięki jednej z atrakcji w parku rozrywki. Jeśli ktoś obejrzał chociaż jeden film o piratach była to za pewne Klątwa Czarnej Perły, która z całej serii uważana jest za najlepszą część. Cóż, filmy z tego uniwersum nie należą do wybitnych, choć od 2003 roku z każdą częścią przynoszą studiu spory dochód, a co mniej wymagającym widzom sporą frajdę z oglądania. Niestety, przy okazji kręcenia coraz to nowych kontynuacji Piraci coraz więcej tracili, a więc gdy przyszło do Zemsty Salazara rosło sceptyczne nastawienie.

Bez Jacka Sparrowa nie ma filmu, więc nie dość, że powraca na scenę, to jeszcze skupia wokół siebie większość wątków, choć sam sprawia wrażenie bardzo niezdecydowanego jeśli chodzi o to, co sam w tym wszystkim robi. W gruncie rzeczy nic nie robi, ot potrzebujemy Jacka, bo jest twarzą marki. Ogólnie seria lubi powielać co gorsze rzeczy i z czasem pozbywać się tych lepszych, toteż pojawia się kolejny Turner, syn Willa Turnera - Henry. To właśnie jego poznajemy już na początku filmu, który jednocześnie zdradza, o co będzie się rozchodzić. Henry bowiem musi odszukać Jacka Sparrowa, by ten pomógł mu odnaleźć legendarny trójząb Posejdona, który to z kolei zdejmie klątwę z jego ojca. Jak przystało na godnego następce rodu Tunerów, chłopak przy okazji poznaje pannę, która również próbuje dociec położenia trójzębu, a ma możliwości, bowiem wytycza drogę dzięki gwiazdom. Carina (bo tak nazwa się owa dama, chociaż w filmie biorą ją za wiedźmę przez zainteresowanie nauką, co przewija się jako żart cały czas) to taka bardziej użyteczna Elizabeth Swan, ale wciąż brak w niej czegoś, co sprawiłoby, że dałoby się ją polubić. W tym wszystkim jest również rządny zemsty Salazar i Hector Barbossa, którego motywacje przez długi czas stoją pod znakiem zapytania, ale zawsze lepiej żeby Barbossa miał jakoś ratować cały film, niż gdyby miało go nie być wcale.

Podobny obraz
Pirackie życie, Hektorze. Tylko ty się tu trzymasz.
Ogólnie wszystko skupia się na poszukiwaniu trójzębu, ale tylko w teorii. Konstrukcja filmu jest tak bolesna, że przypomina zlepek przypadkowych śmiesznych scen. Pełno zbędnych gagów, nic nie wnoszących scen i zdecydowanie za dużo rumu. Dzieje się wszystko i nic, bo siedząc na sali kinowej czeka się na jakiś zwrot akcji, a film właściwie się kończy. Przez zamęt i chaos trudno mi właściwie poustawiać chronologicznie wydarzenia jakie miały miejsce w filmie, choć na tym etapie nie ma to chyba sensu. Mimo to największą bolączką filmu jest Jack, bo tym razem Johnny Deep nie odgrywa już nawet roli przygłupiego pirata (wszyscy pamiętamy jak Sparrow był interesujący w Czarnej Perle, bo był cwaniakiem udającym kretyna, a z każdą kolejną częścią ten urok z niego ulatywał, możemy teraz ostatecznie zapalić znicze), teraz gra rolę pijanego kapitana. Nawet w samym filmie poszczególni bohaterowie zwracają uwagę na fakt, że kapitan Jack się skończył. Nie byłoby to znowu takie złe, gdyby ten wątek stoczenia się pirackiej legendy jakoś pociągnąć, ale wolano zrobić z tego kolejny nieśmieszny element komediowy, a Sparrowa uczynić zupełnie odrzucającym.

Inne postacie są... niezbyt porywające. Młody Henry jest dość schematyczny, a Carina mimo starań również nie zachwyca. Bądźmy szczerzy, Salazar nie jest kimś kogo wcześniej nie widzieliśmy. W dodatku po raz kolejny spotykamy się z kimś, na kogo rzucona została klątwa. Nawet w czwartej części były morskie zombie. Twórcy starali się jakoś naprawić markę, ale jak zwykle nie wyszło. Starania widać, ale to wciąż jazda po utartych szlakach, a gdy pojawia się coś czego w Piratach wcześniej nie było, wtedy cóż, jest to źle nakreślone i wrzucone, bo na pewno się uda i będzie fajnie. Trzyma się tu tylko Barbossa, bo Geoffrey Rush w tej roli jest cudowny i stanowi najmocniejszy element całego tego chaosu. Inni aktorzy, cóż, o ile Johnny Depp gra już chyba parodię Jacka Sparrowa na autopilocie, tak Kaya Scodelario i Brenton Thwaites sprawdzają się nawet lepiej od swoich poprzedników (chociaż tamci też wysokiej poprzeczki nie ustawili). Javier Bardem mógłby wypaść lepiej, ponieważ jego bohater jest dość nijaki. Być może przez dialogi, które nie są zbyt wysokich lotów, ale jednak słaby ten antagonista.

Znalezione obrazy dla zapytania piraci z karaibów dead man tells no tales
A my mamy tylko udawać, że ich wątek to wcale nie romans. Jasne.
Nie dostajemy nic nowego, może trochę większe rozczarowanie niż zazwyczaj, bo zakończenie się absolutnie niesatysfakcjonujące. Jest kilka śmieszniejszych żartów, ale ile razy w kółko mamy się śmiać bo ,,sekstant" albo Jack jest głupi i wpadł w błoto. W kontekście do poprzednich części to Dead man tells no tales nieco psuje linię czasową i trochę tu niespójności względem innych filmów. Trzeba jedynie przyznać, że jest tu dużo ładnych kadrów i w ogóle film jest ładny. Ale wciąż niezbyt dobry. Niby jest lepiej niż poprzednio, bo tutaj piraci w końcu siedzą przez jakiś czas na statkach i jest nawet potyczka na wodzie, ale to nie to samo, co na początku Piratów.

Właściwie muszę się przyznać, bo ja bardzo lubię takie luźne, niezbyt zobowiązujące filmy o piratach. Mam takie zapotrzebowanie na piratów, że szukam ich w jakiejkolwiek formie, ale ci klasyczni, na morzu, w odpowiednich do czasu strojach mają już taki niepodważalny urok. Zawsze mam też takie wrażenie, że podobny świat jak w Piratach z Karaibów mógłby być dużo ciekawszy. Czasami próbowano go przecież urozmaicić, bo była mowa o kodeksie, o radzie. Tutaj dano nam taki dość sentymentalny fragment, a właściwie scenę będącą retrospekcją z młodym Jackiem Sparrowem. Wtedy jakoś jeszcze czuć przyjemny klimat, a gdy retrospekcja się kończy pozostaje już tylko żal. W całym filmie znalazłam jedynie trzy sceny mające potencjał wyewoluować w coś więcej, ale cóż, chyba ich rozwinięcie kłóciłoby się nieco z komediowym zamętem.

Znalezione obrazy dla zapytania pirates of the caribbean dead man tells no tales
Ja wymienię pijaka Sparrowa na tego tu, serio. 
To nie jest dobry film. W tym roku żaden inny film nie sprawił, że byłam tak zawiedziona, nie przez oczekiwania, ale przez sentyment i fakt, że naprawienie tego nie byłoby wcale aż tak trudne. Jak na razie gorzej od nowych Piratów wypadło chyba jedynie Ghost in the Shell. Naprawdę, seans kolejnych Szybkich i Wściekłych zapewnił mi więcej rozrywki. A więc pozostaje czekać, aż kiedyś dostanę jakiś dobry film o piratach. Czy to z Karaibów, czy też nie. Chyba jeszcze sobie poczekam.

- Cheshire

PS Przynajmniej motywu muzycznego jeszcze w tej serii nie uśmiercili =)

piątek, 26 maja 2017

Ważny wpis pełen żali, który kazali mi opublikować

Czyli znowu narzekam na życie i szkaluję KattLett, a nikt mi za to nie płaci. A w ogóle to tego postu miało nie być, ale najpierw opublikowałam jego zalążek, jedynie wśród swoich znajomych i znajomych znajomych (do czego i tak potrzebowałam namowy), a następnie reakcja ludzi skłoniła mnie do rozwinięcia wątku również tu. Bo wiecie, krążę sobie po internetach i od jakiegoś czasu obserwuję pewne zjawisko, które nazwałam symptomem KattLett. Oczywiście można tu podstawić inne nazwiska, np. pani Pawlikowskiej, która opowiada bzdury o wyjściu z depresji, AutoKasi tudzież Katarzyny Michalak, która chyba żyje w innym uniwersum, gdzie debiutancka książka nieznanej autorki na dwa tygodnie przed premierą podbija wszystkie sklepy internetowe. 

Ten kot już wie, że Lunatyk postanawia robić kolejne wpisy pod wpływem emocji, których jakości i słuszności nie jest pewien. 
A teraz pokrótce przedstawię ,,symptom złego artysty" przekopiowując to co napisałam zaledwie wczoraj, co wywołało jakąś dziwną reakcję ludzi, którzy uznali, że mądrzę prawię.

Symptom złego artysty polega na braniu się za trudny temat (psychologiczny, związany z tematami stricte wymagających zrozumienia i RISERCZU). Oczywiście autor nie zapoznaje się z jakimkolwiek źródłem, bądź nie trzyma się faktów i polega jedynie na własnym wyobrażeniu kierowanym jego arogancją. Częsta przypadłość - robienie z postaci psychopaty bez znajomości podobnej przypadłości, ewidentne próby pokazania, że bohater jest szalony, ale to na pewno nie jest choroba/da się uniknąć szpitala i hasać na wolności/trzeba zaakceptować fakt, że niebezpieczny dla wszystkich osobnik jest twoim przyjacielem (niekiedy nazywanie postaci psychopatą, choć nie posiada ona podobnych cech, a łatka psychopaty to jej jedyna cecha).

,,Nie mów mi co robić, jam sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem...", czyli stul pysk, autor wie lepiej. Na wszystko znajdzie wytłumaczenie, a gdy sensowne argumenty się skończą spławi cię czymś w rodzaju ,,spierdalaj, to ma tak być" tylko w mniej ofensywny sposób. Kolejny dowód, że recenzenci powinni wyginąć (może już powinnam robić za jakiś dawno wymarły wizerunek dinozaura niżeli utożsamiać się z kotami).


Najbardziej niewytłumaczalnym zjawiskiem jest to, że twórczość autorów z takim syndromem zyskuje fanów, choć te dzieła potrafią być szkodliwe (np. Grey, Exitus, książki Michalak, gdzie przedstawiane rzeczy N I E S Ą realne, choć czerpią z realnego świata i się na nim opierają). Dopisanie komuś narkopleksji i zmienienie jej pod fabułę jest obraźliwe, obraźliwe jest pisanie książek o depresji, gdzie główną radą jest odsunięcie antydepresantów. To szkodliwe. Nie nazywajmy ludzi psychopatami jeśli nimi nie są. Nie przypisujmy stereotypów do danych osobowości (nie każdy introwertyk jest nieśmiały).


Ogólnie rzeczy słabe potrafią być spoko. Rzeczy słabe nie muszą być przedmiotem hejtu i moich żali, które w sumie systematycznie wylewam, bo jestem blogerem i mam nawet całą stronę na wylewanie żali. Głównym problemem ofiar symptomu złego twórcy jest to, że pewne elementy tworzonego przez nie świata są obraźliwe dla innych. Postawcie się w miejscu osoby z depresją, która wyczytuje, że odstawienie antydepresantów to droga ku wyjściu z depresji. Nie chodzi o to, co ta osoba zrobi. Chodzi o to jak taka zakłamana informacja jest szkodliwa i obraźliwa dla takiej osoby, bo nagle okazuje się, że jej przypadłość wyleczy częstsze uśmiechanie się i słuchanie relaksującej muzyki (tak, uśmiechanie się pobudza jakieś tam komórki i wyzwala uczucie szczęścia, ale wciąż mówimy o depresji, przy której leczeniu stosuje się leki).

Artyści docierają niekiedy do większych grup odbiorców i dlatego ten research jest tak ważny. Bez niego w większości dzieł osoby z depresją byłyby ,,po prostu smutne", a odbiorcy danego utworu tak właśnie postrzegaliby te osoby w realnym życiu. Rzucanie terminologią bez większego pojęcia o tym to najgorsze, co autor może zrobić.


Sum Europejski nie tylko podziękował. Sum Europejski był skłonny do dyskusji na temat, który mnie również irytuje.
(tak, niektórzy znajomi mówią mi per ,,Wikuś")
Ogólnie chodzi o to, że wśród artystów panują takie mody na znane schematy, zazwyczaj słabe bądź krzywdzące. Bo jak psychopata to musi mieć kolorowe włosy i być  c r a z y . Och, ileż przykładów ze znienawidzonego wattpada mogłabym podać. I jasne, schematy i klisze są zazwyczaj słabe. Ale jestem przekonana, że takie twory mogą istnieć. Dopóki autorzy mają odrobinę rozsądku. Bo ostatnio zaczęło się robić bardzo niefajnie w środowisku tworów, ponieważ postacie inne niż heteroseksualne nagle mają za swoją jedyną cechę własną orientację. Wiążę się to oczywiście z nadużywaniem stereotypów i utrwalaniem ich. 


Zmierzam do tego, że nieważne czy ktoś robi komiksy dla siebie czy nie, dopóki je gdzieś publikuje powinien unikać pewnych rzeczy. Nie dlatego, że jakiś bloger i grupa odbiorców są oburzeni, ale dlatego, że nie od dziś wiadomo jak twórczość może wpływać na innych. Pewnie też trochę źle sformułowałam swoją opinię, ale ogólne postanowienie jest takie, że jak rzuca się terminologią w swoich dziełach to niech chociaż potem prowadzi się dany wątek konsekwentnie. Nie wiem, może to w zasadzie nie jest tak szkodliwe, a ja znowu jestem zazdrosnym bucem.

Na koniec kot, bo kotów nigdy za wiele.


Wpis zrealizowany dzięki miłym słówkom należącym do: Suma EuropejskiegoGlenna i Ellie, który kazał mi upublicznić zalążek całego postu. Może odezwą się w komentarzach i opiszą sytuację lepiej niż ja.

- Cheshire

czwartek, 25 maja 2017

Obcy: Przymierze/Alien: Covenant

Znalezione obrazy dla zapytania alien covenant poster

Ksenomorfy zajmują we współczesnej popkulturze honorowe miejsce, bo przecież Ósmy pasażer Nostromo nawet teraz uważany jest za świetny horror. Postać Obcego do dziś budzi niezwykłe zainteresowanie przez wyjątkowy wygląd, przez swoją obcość i niepodobieństwo do żadnej znanej istoty. Alien zbudził ludzką ciekawość i tak Ósmy pasażer doczekał się rozmaitych kontynuacji, jednak po słabym Prometeuszu ciężko było nie stracić nadziei na to, że Ridley Scott sprowadzi markę na dobre tory. I wtedy pojawiło się Przymierze.

Zarówno Prometeusz i Przymierze traktują o początkach istnienia Ksenomorfów, tak i oba te filmy nieco się gubią w tym, co chcą przedstawić. Ostatecznie jest tak, że Covenant bardzo nie chce być Prometeuszem, ale przez większość czasu jednak nim jest. Prometeusz  z kolei nie chciał być Alienem i faktycznie mu to wyszło.

Znalezione obrazy dla zapytania alien covenant alien
Niemniej, wciąż podtrzymuję, że Ksenomorfy to możliwie najbardziej urocze okazy kosmitów. W filmie są sceny, które to potwierdzają.
Film stanowi kontynuację wydarzeń z Prometeusza. Przymierze to statek kolonialny zmierzający na planetę, gdzie oczywiście mają osiąść koloniści. Wybuch pobliskiej gwiazdy powoduje jednakże kilka zniszczeń i doprowadza do zapalenia kapsuły hibernacyjnej głównego kapitana. Reszta załogi zostaje wybudzona, po czym decyduje się na wybranie nowego dowódcy, który to zmienia dotychczasowy kurs. Nowym celem staje się planeta, która również zdatna jest do osiedlenia, ale życie, które zdążyło się na niej rozwinąć nie jest przychylne badaczom.

Już na samym wstępnie pojawiają się głupotki znane z Prometeusza i przez które kręciłam głową powtarzając ,,no idioci, no". Znowu bowiem bohaterowie opuszczają pokład bez skafandrów i hełmów, choć tutaj wytłumaczeniem jest, że wcześniej zbadano skład powietrza na planecie. Trudno jednak nie parsknąć śmiechem słysząc, gdy jedna z postaci, tuż po wyjściu na ziemię mówi: ,,Da się oddychać". Idiotyzmów jej więcej, choć na niektóre da się znaleźć usprawiedliwienie (ale ja ogólnie psioczę na te hełmy, bo kto na obcą planetę bez hełma wychodzi, co za ludzie).

Główni bohaterowie tradycyjnie stanowią mięso armatnie i ich jedynym zadaniem jest widowiskowo umrzeć. Już na początku można robić zakłady kto padnie jako pierwszy i w jak bardzo głupi sposób. Większości imion już właściwie nie pamiętam, trudno mi też powiedzieć, kto był z kim w związku (bo tutaj postaci podzielone są na pary, żeby było dramatyczniej jak ktoś zginie na przykład pod prysznicem). Właściwie rozróżnia się pięcioro bohaterów: odpowiednik Ripley, tudzież Daniels, pilot w kowbojskim kapeluszu, czyli Tennessee, przygłupi kapitan, pokładowy android Walter i wspaniały David, który uratował się z Prometeusza i znalazł się w kolejnym filmie z głupimi ludźmi. Daniels wyróżnia się praktycznie od początku, bo to ona była żoną zmarłego kapitana, a jakoś w drugiej połowie filmu robi się z niej kolejna Ripley. Tennessee przewija się gdzieś w tle, nowy kapitan-idiota jest kretynem i w zasadzie nikt go tam nie szanuje (mówię poważnie, nie mam pojęcia czemu ten gość był niby zastępcą poprzedniego kapitana skoro jego decyzje prowadzą tylko i wyłącznie do śmierci kolejnych ludzi), ale Walter... Ach, Walter. Dobry brat bliźniak Davida, perfekcyjny android, jakże niewinny, nawet gdy zły brat bliźniak uczy go grać na flecie (nie żartuję, tam są takie sceny). No i David. Do niedawna uważałam, że Ksenomorfy są najbardziej uroczymi i morderczymi stworzonkami w galaktyce. Teraz obok nich dopisałam Davida (team ksenomorfy i David). To prawdopodobnie najlepsza postać całego filmu i jego najmocniejszy element. 

Znalezione obrazy dla zapytania Alien Covenant David
Michael Fassbender spotyka Michaela Fassbendera i ogólnie to wszystko brzmi i wygląda jak ficzek a może i nawet jakimś było inspirowane, ale sam aktor chyba dobrze się bawił. No i osobiście wszystkie te sceny powodowały u mnie napady śmiechu.
W gruncie rzeczy postacie grane przez Michaela Fassbendera są najlepiej nakreślone i rozwinięte. Walter i David, mimo że są androidami, różnią się od siebie i nie trudno o zatarcie tej granicy. Psychologia i motywacje Davida zostały tutaj rozwinięte (dalej jest szalonym i morderczym androidem z Prometeusza, ale tutaj jakiś taki bardziej sympatyczny i jest absolutnie uroczy podnosząc ręce w jednej ze scen). Walter wykazuje się przede wszystkim posłuszeństwem i lojalnością w stosunku do swoich przełożonych, jego działaniami kieruje oddanie. W pewnym momencie film skupia się więc na rozmowach tej dwójki i kształtowaniu relacji między nimi, jednocześnie zdradzając motywację jednego z nich. Jest cytowanie sobie wierszy, są kompozycje, gra na flecie (*wink wink*). Jest też mord w tle. Jak milutko.

Jako że to już nie Prometeusz to wreszcie pojawiają się też uwielbiane ksenomorfy, które... nimi nie są. Film wreszcie odpowiada na pytanie, skąd wzięły się te obce istoty, a przynajmniej stara się. Jednocześnie nie jest to aż tak satysfakcjonujące i zdecydowanie ogranicza samo uniwersum. Postać Obcego, perfekcyjny i tajemniczy zabójca wydaje się teraz raczej... niczym specjalnym. Ksenomorfy kojarzyły się z absolutną bezwzględnością i złem, gdy tutaj ich geneza wydaje się co najwyżej zwyczajna. Ale ksenomorfy są w końcu na ekranie, sieją terror, zabijają, alleluja! Pomijając oczywiście, że nie są to te stworzenia znane z innych części, ale ich początkowe fazy. Właściwie są trochę lepsze od późniejszych ksenomorfów, bo potrafią stanąć na baczność i podnieść przednie kończyny (co jest absolutnie najbardziej uroczą sceną w całym filmie i nikt mnie nie odwiedzie od tej myśli).

Podobny obraz
Są jacyś ludzie (i androidy), są ksenomorfy, a Inżynierów z Prometeusza już nie ma.
Jednym z problemów nowego Aliena jest to, że w jego obliczu Prometeusz to już praktycznie dwie godziny męczarni przy oglądaniu bez szczególnego powodu. Tutaj już nie mamy wątku Inżynierów, a nawet jeśli próbowano go jakoś ugryźć to... skończyło się po minucie w bardzo niesatysfakcjonujący sposób. To tak jakby ktoś wam obiecał tort urodzinowy, ale ostatecznie przyniósł tylko świeczkę i jeszcze zdmuchnął ją za was. To zresztą nie jedyna rzecz, która rozczarowuje. Ridley Scott w ogóle w tym filmie bardzo poszedł na skróty jeśli chodzi o pewne rozwiązania, a najgorszym jest chyba fakt, że nie zawsze mu to wyszło. Idealnym przykładem będzie tu podzielenie załogi Przymierza na pary. Po co, na co? Ostatecznie i tak nie czuje się z bohaterami więzi i nic aż tak bardzo nie podnosi dramaturgii. Ale jest David. Przynajmniej nim można się fascynować pod względem samej kreacji postaci. 

Przymierze przypomina mieszankę akcji i nie tak dobrego horroru (chociaż mnie trudno przestraszyć, a kilka klisz mnie w tym przypadku przekonuje, że ten Obcy wcale taki straszny nie jest). Film spłyca genezę obcych, zawiera mnóstwo nielogiczności i głupot (głupota jest w zasadzie cechą jednej z postaci, co niby jest zamierzone, ale jakoś tak chciałoby się, żeby ten bohater został szybciej rozerwany na strzępy). Mimo wszystko Covenant jest całkiem przyjemny do oglądania, nawet jeśli to film słaby. Mamy tutaj ładne widoczki, choć montaż w pewnym momencie wymiękł i praktycznie zdradza finałowy plot-twist. Mogło być lepiej, ale nie jest tak źle jak mogło być. Nie jest to totalne rozczarowanie i udana rehabilitacja po Prometeuszu. Poza tym tutaj postać androida jest tą, której się kibicuje niekiedy bardziej niż ksenomorfom, jak można źle się wtedy bawić. Ostateczny werdykt? Jest okay, ale bez fajerwerków.

- Cheshire

PS Tak się zdarzyło, że właściwie przysnęłam na seansie i może przez te kilka sekund umknęły mi jakieś koszmarki i może to tak naprawdę film gorszy od Prometeusza. Nie wiem, idźcie i wyróbcie sobie opinię zamiast czytać jakieś wpisy na niszowym blogu (albo idźcie czytać wpisy na mniej niszowym blogu).