niedziela, 19 listopada 2017

[Ikumi Katagiri / Ai Ninomiya] Are you Alice?

Are you Alice?
(アー・ユー・アリス / 汝名艾丽斯)
Ikumi Katagiri (rysunki) | Ai Ninomiya (scenariusz)
Wydawca: Waneko (polski) | Icijinsha / 一迅社 (oryginalny)
Rok wydania: 2009 - 2015 (Japonia) | 2014 - 2016 (Polska)

Kraina Czarów to zwariowane miejsce pełne absurdu i groteski, nic więc dziwnego, że rozgrywa się w niej nietypowa gra w "Zabicie Białego Królika". Każdy mieszkaniec krainy ma swoje zadanie, a ustrzelenie Królika przypada Alicji, która w tym przypadku jest jasnowłosym młodzieńcem. Fakt, że tym razem Alicja jest mężczyzną jest nietypowe nawet dla baśniowych postaci, niemniej jednak imię zobowiązuje - tak więc nasz bohater, chcąc czy nie, musi wziąć udział w grze, a pozostali bohaterowie winni dalej odgrywać swoje role. Oczywiście, nie wszystko jest takie piękne jak może się wydawać, bo dziwności tej krainy zdają się stawać naprzeciw "Alicji", która posiada również kilkoro "wrogów".

Napiszę wprost - to nie jest komiks dla każdego. Nie, nie dlatego, że stoi tabunem przystojnych panów (bohaterki kobiece rzeczywiście stanowią mniejszość). Are you Alice? to po prostu czysta abstrakcja, na której wyrastają nieograniczone pokłady absurdu. To nie jest łatwa lektura, jeśli chce się ją zrozumieć; relacje między postaciami, ich cele, czy sama mechanika działa Krainy Czarów są bardzo skomplikowane, wielokrotnie przełamywane. Ponadto, wiele wątków nie zostaje ostatecznie (w jasny sposób) rozwiązanych. Manga ma bardzo specyficzny charakter i zostawia duże pole czytelnikowi do przemyśleń i refleksji. Paradoksalnie, seria wcale nie zapowiada się na aż tak poważną i złożoną, wręcz przeciwnie - pierwsze tomy są pełne humoru, choć nawet tam niekiedy klimat staje się cięższy. Nie zmienia to jednak faktu, że samą mangę czyta się zadziwiająca przyjemnie niezależnie od tego jak bardzo wymaga ona akurat skupienia się czytelnika na pokręconej fabule. Odnoszę wrażenie, że można się przy tej serii wyłączyć i dalej czerpać przyjemność z czytania, ale osobiście akurat starałem się sam odgadnąć pewne rzeczy, w końcu wielokrotnie Are you Alice? stawia przed odbiorcą pytania. W zasadzie, czego można się spodziewać po serii, która w tytule stawia pytanie?


Bohaterowie mangi to dość dziwna zbieranina charakterów; Alicja to niekoniecznie odnajdujący się w nowej sytuacji, nowo przybyły do krainy chłopak. Jest przede wszystkim krzykaczem i niezbyt ogarniętą postacią. Z jednej strony to zrozumiałe - o wielu zasadach panujących w Krainie nie wiem, bo nikt nie był łaskaw mu o nich powiedzieć, natomiast z drugiej strony Alicja pakuje się co rusz w jakieś kłopoty mieszając w opowieści, czego nikt się po niej nie spodziewał. Trzeba mu jednak przyznać, że niekiedy jego motywacje są dość szlachetne. Przez większość czasu jednak trudno go polubić, co może (nie musi) zmienić się z czasem. Jeśli chcieć jak najkrócej opisać charakter tej Alicji to idealnie oddaje go słowo "trudny". Tuż obok naszego głównego bohatera stoi natomiast Szalony Kapelusznik, będący jej ochroniarzem. Panowie od początku niezbyt za sobą przepadają i grają sobie na nerwach przez większość czasu, no ale nie ma rady - są zmuszeni współpracować, bo obowiązujące ich reguły i rozkazy Królowej są absolutne. Kapelusznik jest o wiele ciekawszy od Alicji i bardziej znośny, choć większość czasu kłóci się z głównym bohaterem, czasem na niego narzeka. Ogólnie ma dość wszystkiego i chce tylko w spokoju siorbać herbatkę (jak my wszyscy, prawda?). Ostatecznie jednak jego priorytety nieco odbiegają od picia herbaty, co dość mocno popycha fabułę do przodu. Z ważniejszych postaci jest też oczywiście Kot z Cheshire, który jest sobą - chodzącym dziwadłem, które przy okazji gra na nerwach Kapelusznika ilekroć się pojawi. Beztroski i tajemniczy kociak okazuje się w opowieści dość kluczową postacią, choć powoduje on bardzo mieszane uczucia. Jest również bezwzględna Królowa Kier, która w rzeczywistości, podobnie jak Alicja, jest mężczyzną. Mimo łagodnego uśmiechu mamy tu wciąż do czynienia z Królową gotową ściąć głowę każdemu, kto nie wykona rozkazu. U jej boku stoi natomiast Walet, który przez większość czasu niewiele mówi. Wbrew pozorom na te dwie postaci możemy spojrzeć w końcu z innej strony, a ich relacja koniec końców jest całkiem nieoczywista. Przez całą grę mamy również okazję obserwować sytuację ze strony Białego Królika, na którego poluje Alicja. Na pierwszy rzut oka można pomyśleć, że on tu gra głównego antagonistę, ale jest to o wiele bardziej skomplikowana kwestia. Trudno tu mówić o podziale na czarne i białe, każda postać z jakiegoś powodu znalazła się w Krainie i każdą dręczą lub dręczyły jej własne żale. Z biegiem czasu widać, że rozmaici bohaterowie dążą do ustalonych przez siebie celów; jedni trzymają się zasad i swoich ról, inni ani myślą iść z duchem powieści i robią to, co uważają za słuszne. Relacje między postaciami mogą się często zmienić dość drastycznie (choć nie bez powodu), czy rozwinąć się. Ciężko oszacować kto jest czyim wrogiem, kto jakie ma zamiary i za kogo w danej sytuacji należy trzymać kciuki.


Wiecie, z czym zwykle nie radzą sobie autorzy historii, w których niby mamy jakiś konflikt i broń? Oczywiście, że z uśmiercaniem postaci. Niestety, Are you Alice? jest jedną z tych historii, gdzie autorzy nieco skopali sprawę. Z jednej strony bohaterowie naprawdę umierają i to permanentnie - i to nie tylko dlatego, że nie dochodzi do cudownych wskrzeszeń, po prostu śmierć większości jest bagatelizowana. W pewnym sensie oddaje to idealnie stwierdzenie, że bezużyteczne postaci są zbędne i należało się ich po prostu pozbyć. Pierwsza śmierć ma miejsce niebywale wcześniej i pcha głównego bohatera do lepszego zrozumienia miejsca, w którym się znalazł. Większość śmierci w serii rzeczywiście pchała fabułę do przodu i muszę przyznać, że niektóre z nich były całkiem okrutne i ładnie przedstawione. Mogę iść o zakład, że bez pewnej śmierci fabuła serii nigdy nie ruszyłaby z miejsca - to chyba wystarczające, by pokazać jak ważne w tej serii było uśmiercanie bohaterów. Jednocześnie jednak o śmierciach w późniejszych tomach się nie mówi, a martwe postacie niemal nigdy nie są wspominane. Ogromna strata, zważywszy na fakt, że taki zabieg pozostawia dziury i niedomknięte wątki. Bardzo również łatwo przewidzieć jakie postaci zostaną pozbawione życia, ponieważ widać tu wyraźny schemat. Z drugiej strony bohaterowie, którym zwykle grozi zniknięcie z kart historii zwykle są na tyle sympatyczni, że łatwo ich polubić - jednak by ich śmierć mogła wzruszyć czytelnika, potrzebują oni więcej czasu i lepszego ich rozwinięcia. O dowiedzeniu się czegoś o ich przeszłości można pomarzyć, a szkoda, bo niektórzy mieli bardzo ciekawie zarysowane relacje.


Zapewne większość od tytułu może odrzucić pomysł, by oryginalnie kobiece postaci zastąpić męskimi odpowiednikami. Przywodzi to na myśl pewnie jedynie tytuł dla nastolatek wypchany po brzegi falą przystojniaków. Nie do końca. Nie zrozumcie mnie źle, bo panowie - naprawdę ładni, bo rysowani przez panią Katagiri, która ma mentalność w ogóle ładnego rysowania - to rzeczywiście cała główna obsada. Postaci kobiecych jest jak na lekarstwo i w zasadzie stanowią drugi plan. Pojawiają się sporadycznie, a jedna z nich w ogóle nagle znika w połowie serii i tyle ją widzieliśmy. W zasadzie wszystkie bohaterki prócz tajemniczej Marianny są przy bliższym poznaniu całkiem sympatyczne i nie można powiedzieć, by miały słabe charaktery. Niby mamy tu trochę schematów, jak na przykład beztroską Gąsienicę odznaczającą się sporym biustem - a jednak ona również jest dość sympatyczna. Księżna to z pozoru słodziutka dziewczynka, właściwie jeszcze dziecko, można nawet powiedzieć, że wpisuje się w schemat dobrze wychowanego dziewczęcia, ale nie ma w niej jednocześnie nic szczególnie odrzucającego. A co do zmiany płci Królowej Kier i Alicji, no to... cóż, ma to swoje uzasadnienie, które leży w przeszłości tych dwóch postaci, jak w ogólnej konwekcji tej zwariowanej opowieści.

Konstrukcja świata opowieści to jest jeden wielki labirynt; wszystko jest zupełnie poplątane, a gdy wydaje ci się, że znalazłeś dobrą drogę, to nagle skręcasz w ślepy zaułek. Plot-twist za plot-twistem, no nie idzie się połapać w tych wszystkich zasadach i po prawdzie, nie do końca jest chyba sens próbować za tym szaleństwem nadążyć. Pomijając fakt, że sami bohaterowie nie za bardzo znają te reguły i ograniczają się do tych, które dotyczą ich. Z drugiej strony jestem skłonny stwierdzić, że to był jak najbardziej celowy zabieg, ale wynika to z tego, iż praktycznie pod koniec całej serii ma miejsce ma kolejny zwrot akcji. I ten świat zdają się tworzyć te wszystkie regułki, które tracą lub zyskują na znaczeniu w zależności od tego, w którą stronę pomknie akcja. Przy czym to jest seria, w której ciągle coś gdzieś skręca, zmienia kurs i ta manga dosłownie stawia z każdym tomem coraz więcej pytań i ostatecznie nie wszystko pozostaje jasne. Mimo to, świat mangi to trochę taka incepcja i pomijając wszystkie zasady, to i tak niesamowicie dezorientujące są przeskoki z miejsc wydarzeń: Kraina Czarów od początku określana jest jako miejsce, w której rozgrywa się powieść i większość bohaterów jest samoświadoma tego, iż bierze czynny (lub bierny, tak też bywa) udział w jakiejś historii. Do tego jednak dochodzą również retrospekcje czy też wspomnienia ze świata być może podobnego do naszego, gdzie pojawia się sugestia tego, że to jest ten "realny świat" mający wgląd na wnętrze Krainy Czarów. Są też wspomnienia, omamy, wizje, rzeczy, które rozgrywają się wewnątrz postaci i które trudno jednoznacznie określić czy są prawdziwe czy nie, ale nawet jeśli nie to mają też taki metaforyczny i poetycki wydźwięk i coś tam niby znaczą. Myślicie, że to wszystko? Poczekajcie, aż nie będziecie w stanie stwierdzić, w którym miejscu rozgrywa się opowieść i jak mają się do siebie dane światy.


Jedną z najbardziej oczywistych wad serii jest fakt, że bierze na siebie zbyt wiele ponad to, co rzeczywiście mogłoby zmieścić się w dwunastu tomiszczach. Autorki same dziwią się przy okazji dziesiątego tomiku, że udało im się dobrnąć w tym wszystkim tak daleko, gdy przewidywały koniec przygody z Krainą Czarów już w okolicach drugiego-trzeciego tomu. Zapewne przez to pewne wątki nie zyskały należnej im uwagi, a tempo opowieści jest dość nierówne - do połowy serii wszystko jeszcze się ślimaczy, gdy później, w tomach ósmym i dziewiątym wszystko wydaje się nienaturalnie wręcz gnać. Jednocześnie należy liczyć się z tym, że nowe postaci przybywają przez całą mangę - naprawdę, na dwa tomy przed finałem potrafi się pojawić jakaś ważna postać i trzeba się w tym wszystkim połapać. Z drugiej strony trudno mówić o jakimkolwiek tłoku na kartach komiksu, gdy bezużyteczni bohaterowie są odstrzeliwani jak kaczki. Należy też wspomnieć po raz kolejny o tym jak bardzo ta manga chce być czymś więcej niż jakimś tam japońskim komiksidłem i zaserwować nam coś, czego wcześniej nie było; w pewnym sensie jej się to udaje, bo jest to niesamowicie specyficzne podejście do tematyki "Alicji w Krainie Czarów". Tak naprawdę zaskakującym jest, że Are you Alice? posunęło się do wykorzystania informacji biograficznych i do próby przedstawienia pewnych rzeczy z okresu życia Lewisa Carrolla na swój własny, pokrętny sposób. Komiksu nie należy traktować oczywiście jako pewne i dokładne informacje w tej kwestii, ale ludzie znający biografię pisarza (matematyka, fotografa, poety, profesora...) choćby w niewielkim stopniu znajdą tu sprytne nawiązania. Patrząc na całość z innej perspektywy nie mogę również z czystym sumieniem powiedzieć, że w tej serii wszystko zagrało jak należy - oczywiście narzekam na zmarnowany potencjał i relacje między postaciami, ale i również na przesyt poetyckości w utworze. Trudno nie odnieść wrażenia, że czasami historia zmienia się w wymianę złotych myśli rodem z portali internetowych. Niekiedy niejasne wypowiedzi bohaterów potrafią się stać irytujące, ponieważ ich niejasność jest jedynie pretekstem do tego, by pewne postaci tkwiły przez długi czas w niewiedzy, co pozwala pchać fabułę na zaplanowane przez scenarzystkę tory. Powiedzmy sobie szczerze: wystarczyłoby gdyby ktoś nie kręcił aż tak i oszczędzono by nam wielu zdarzeń.

Serii nie można jednak odmówić tego, że wciąga. Mimo że z czasem opowieść stawia więcej pytań niż daje odpowiedzi to nie mogłem się oprzeć, by poznać zakończenie, które było takie jakie w tym przypadku powinno być - niespodziewane, przy czym niekoniecznie satysfakcjonujące. Osobiście uważam, że finał miał ciekawe elementy, choć popadł również w kilka klisz (ogólnie manga ma takie momenty, gdzie wykorzystuje znane motywy i niekoniecznie dobrze to wypada). Co by nie było tego złego, to groteskowy i absurdalny klimat trzyma się ciągle i jest w nim coś takiego, że nie pozwala się za bardzo oderwać od lektury. Zdarzają się jednak momenty, gdzie czytanie staje się nużące (od szóstego tomiku wzwyż, z pominięciem siódmego, ton staje się cięższy i luźniejsze momenty jako-takie niewiele dają). Are you Alice? ma to do siebie, że najlepiej przeczytać je jednym nurtem (np. co wieczór po tomiku - jak ja, przygotowując się do wpisu), bo łatwo stracić wątek. Tutaj jednak nadszedł etap, gdzie miałam dość nadmiaru informacji i ciągłych zwrotów akcji w ostatnich tomach i czytanie było trudne.  


Oryginalnie Are you Alice? było dramą CD, na której bazie powstał komiks, toteż nie mam porównania do pierwowzoru. Nie wiem, czy głosy ze słuchowiska jak i sama realizacja stały na dobrym poziomie. Wiem za to, że Ikumi Katagiri na stanowisku rysownika na pewno wiele wniosła w kwestii mangowej adaptacji. Poziom rysunków trzyma poziom od samego początku - nie można narzekać na zbyt wiele, choć z czasem widać poprawę warsztatu mangaki. Prawdopodobnie najbardziej widać to na przykładzie twarzy, przy czym pani Katagiri rozwija się dość subtelnie; niby widać różnice, ale styl rysowniczki dalej jest bardzo wyrazisty. Ilustracje są bardzo miłe dla oka i wielokrotnie bardzo szczegółowe, nie wspominając już o smaczkach ukrywanych to tu, to tam. Żal mi nieco, że manga jest czarno-biała, gdy patrzę na przepiękne kolorowe obwoluty i przy okazji zachęcam do wyszukania stron otwierających rozdziały, ale w kolorze (przeto szkoda, że w wydaniu tomikowym te stroniszcza są czarno-białe i niekiedy ledwo co na nich widać). Projekty postaci są ładne (chociaż osobiście uważam, że Królową ktoś bardzo skrzywdził, przy czym jest to o tyle zabawne, że ten bohater cieszy się sporym powodzeniem wśród poddanych), o zróżnicowaniu typów ciał wśród panów ciężko w zasadzie mówić. O ile Biały Zając wydaje się na tle innych chucherkiem, tak to normalne również u królików jeśli spojrzeć na Marcowego. Panie mają tu najbardziej zróżnicowane ciała, co w sumie cieszy, bo nie lubię skłonności do rysowania albo ogromnego biustu, albo pozbawiania go bohaterki całkowicie, no ale to tylko ja. Ważną kwestią tego akapitu powinna być perspektywa, którą Ikumi Katagiri posługuje się świetnie - mamy tu tyle ładnych kadrów, przy których autorka się bawi tym cudnym narzędziem i które tak dobrze pasują do tej zakręconej historii. Przy okazji należy również wspomnieć, że ilustracje są niezwykle staranne, z czystym sumieniem muszę stwierdzić, że rysowniczka zgrabnie broni się błędów w swoich pracach.

Manga w Polsce ukazała się nakładem wydawnictwa Waneko, które akurat wykonało dobrą robotę; wydanie ustrzegło się większych błędów, gdzieniegdzie może trafi się jedna czy dwie literówki, numeracja stron to w zasadzie jak zwykle porażka (ale w wspominam o tym jedynie z obowiązku, wszak kto by tam się trzymał numeracji stron, gdy ma się zakładki?). Pierwszy nakład pierwszego tomu mangi był niestety wadliwy i pewnie dalej można gdzieś natknąć się na tomik o pół milimetra niższy niż pozostałe. Papier niekiedy przebija, nasycenie czerni jest zbyt duże, ale poza tym wszystkie (?) japońskie onomatopeje zostały wyczyszczone. Większych baboli ze strony wydawnictwa raczej nie ma. Niektóre tomiki posiadają dodatki w postaci krótkich historyjek dotyczących bohaterów lub zza kulis, inne są ich pozbawione, za to wszystkie posiadają posłowie, w których jedna z autorek posiliła się na krótki komentarz. Komentarze od autorek pojawiają się również na skrzydełku obwoluty. Interesujący fakt dotyczący grzbietu obwoluty: zaledwie na jednej znajduje się główka postaci kobiecej, a aż na dwóch mamy Białego Królika. Moją osobistą uwagą jest, że wydawnictwo zdecydowało się na wydanie raczej nieznanej mangi na zachodzi, jak i zapewne w samej Japonii. W Polsce komiks też nie odniósł większego sukcesu, mam wrażenie, że cieszy się on dość nikłą popularnością, co jest dość przykre.


Are you Alice? na pewno wyróżnia się na polskim rynku mangowym (chociaż może się nie znam, bo nie czytam wszystkich wydawanych serii). Na pewno komiks wyróżnia się wśród komiksów z motywem Alicji w Krainie Czarów i oh, czy ja muszę mówić jaką ja miałem frajdę wyłapując smaczki nawiązujące do życia Lewisa Carrolla, albo analizując różne rzeczy, które nie zostały powiedziane wprost? Cóż, jeśli nie za bardzo lubicie takie rzeczy to raczej nie manga dla was - rozrywkowa część dająca się czytać bez większego wysilenia szarych komórek to mniej-więcej połowa serii. Jeśli mam komuś polecić tę serię to osobom, które chcą poznać coś nowego. Seria gwarantuje z pewnością dość specyficzne doświadczenia i o ile nie razi was ogromna doza dziwacta to powinniście się całkiem dobrze bawić. Komiks jest przede wszystkim bardzo ciekawą pozycją na polskim rynku, choć zdaję sobie sprawę, że niewielu z was zainteresuje. Nie jest to manga wybitna, po mojej lekturze zostały mieszane uczucia i wbrew pozorom mogłabym długo narzekać, ale dalej mam do serii sympatię. Przekupili mnie kotami i motywem Alicji, wybaczcie, ja już tak po prostu mam.

- Cheshire

PS Patrzcie, kiciuś coś napisał, no święto lasu. I się postarał, bo obrabiał zdjęcia do wpisu. Czekam na moją nagrodę bloggera roku (tak naprawdę to nie). Chciałem w sumie tylko napisać, że rozważam nad zmianą szablonu i założeniem funpage'a dla blogaska, na którym prócz informacji o wpisach były moje króciutkie wrażenia np. z filmów, ale pewnie nikogo to nie interesuje *smutnakicia.jpg*. Jeszcze nie wiem na sto procent, ale do ekipa blogaska się poszerzy i dołączy ktoś z... francuskimi korzeniami. Ale nie wiem, trwają debaty.

PPS Nie wiem, czy jeszcze gdziekolwiek znajdzie w kinach, ale byłem na nowym Thorze i szczerze przyznam, że ten film mnie trochę podratował psychicznie. Nie żeby coś, ale dostarczył mi tyle rozrywki, że dobry humor utrzymywał mi się bezustannie przez trzy dni, co jest sporym wyczynem (ale wiecie, tak bez żadnych dołków po drodze, no nie). Idźcie oglądać nowego Thora, ale pomyślcie sobie, że reżyserował go Taika Waititi i po prostu idźcie na ten film jak na komedię. Ewentualnie, by popatrzeć na aktorów (wszyscy wiemy, że obecność Toma Hiddlesona na ekranie to już powód, by obejrzeć film, ale jest też Cate Blanchett i Jeff Goldblum).

niedziela, 8 października 2017

Netflix | Death Note - śmiejemy się z tobą, Ryuk!

Znalezione obrazy dla zapytania Netflix Death Note poster
Jeśli chodzi o nowego Death Note'a w wydaniu netflixowym to mogę chyba stwierdzić, że zaliczam się do grona nielicznych, którzy do końca wierzyli, że to nie będzie aż tak zły film. Bycie dobrej myśli ostatecznie jednak nie pomogło, bo przez kilkukrotne przepisywanie scenariusza ten Notatnik śmierci jest filmem słabym. Właściwie trudno mi nazwać ten twór filmem przez jego konstrukcję, przy czym składa się on z tylu durnych scen, że każdą można by w jakiejś długiej recenzji wypisać i przeanalizować - jak dobrze, że tutaj nikt nie pisze długich i wnikliwych recenzji, kto chciałby to czytać? 

Zacznijmy od początku, czyli od przedstawienia samej historii: jeśli znacie pierwowzór to właściwie warto wiedzieć tyle, że mamy tu do czynienia z oryginalną historią przeniesioną i dostosowaną do amerykańskich realiów, toteż główny bohater to Light Turner - młody geniusz, który swój talent wykorzystuje do zarabiania na odrabianiu za innych prac domowych. Znajduje on pewnego dnia notatnik, za pomocą którego, po spełnieniu określonych kryteriów, można ukrócić życie dowolnej jednostki. Tutaj, jak przystało na amerykański film o liceum, oczywiście mamy scenkę z typowym szkolnym gnębicielem, który nokautuje Turnera, który to trafia do dyrektora, bo z torby przypadkowo wypadły mu wszystkie nielegalnie rozwiązywane zadania, przy czym zarządca placówki ani myśli nawet zająć się sprawą pobicia i karze tylko Lighta (szkoła taka nie fair, no nie). W tym czasie poznajemy rzecz jasna love interest naszego bohatera (uwierzcie mi, jeśli kiedykolwiek lubiliście Misę - chociaż w tym przypadku to raczej Mia - to oglądając ten film będziecie mieli jej tylko dość), jego ojca i objawia się również Ryuk - bóg śmierci, który to z nudów postanowił porzucić notatnik. To już ten moment, gdzie Light postanawia wypróbować swoją nową zabawkę i zaczyna się spirala głupoty, wohoo!

Okay, pomówmy może o motywacji głównego bohatera; Light w tym wydaniu to owszem, mądry chłopak (chociaż wielokrotnie każe mi się nad tym poważnie zastanawiać, ale bez obaw, jest tylko niezbyt rozgarnięty i dość łatwowierny), choć brakuje mu czegoś co rzeczywiście będzie go pchało ku sprawieniu, że świat stanie się lepszy. Już na samym początku dowiadujemy się, że jego matka nie żyje i że nawet znajdzie się szuja spod ciemnej gwiazdy, którą można za to winić. Młody Turner jest absolutnie przekonany, że niesprawiedliwie mordercy zdołało się upiec i nie poniósł żadnej odpowiedzialności za swoje czyny - motyw dość oklepany, no ale uznajmy, że to kupujemy. Problem polega na tym, że Light nie posiada czegoś takiego jak "zdecydowanie" i tak naprawdę szybko okazuje się, że to nie on jest tutaj czarnym charakterem. Przez cały film wydaje się niepewny tego co robi, nie ma za grosz charyzmy, jest raczej nieciekawy i przeciętny.

Podobny obraz

Teraz przyszedł czas na gwiazdkę tego filmu, osobę, której wszyscy nie lubimy i zastanawiamy się czemu dostała tak dużo czasu ekranowego - Mia Sutton. W oryginale Misa Amane, młoda idolka, tutaj szkolna cheerleaderka z niezdrową fascynacją śmiercią. Jak zostaje w to wszystko zamieszana? A, Light postanawia jej pokazać, że może zabijać ludzi za pomocą notatnika. Tak, Light postanawia komukolwiek jawnie zaimponować chwaląc się, że może zabijać ludzi - co najlepsze, jego love interest jest zafascynowana śmiercią na tyle, że momentami bywa zupełnie bezwzględna pomagając Lightowi w wyborze ofiar. Jest bardziej szalona w tym co robi bardziej niż główny bohater, z powodzeniem mogłaby zostać Kirą, gdyby miała jakiekolwiek motywacje w tym co robi, prócz tego, że jest zakochana, bycie cheerleaderką najwyraźniej jest dość nudne i... w zasadzie nie ma innych powodów. Wiecie jednak czemu ta postać jest tak irytująca i lepiej byłoby, gdyby została usunięta częściowo ze scenariusza? Ponieważ przez nią wątek romansu wysuwa się w tym filmie na pierwszy plan i wydaje się o wiele ważniejszy niż ten cały pojedynek wielkich umysłów, zabawa w boga, rozważania o tym, czym jest sprawiedliwość, psychologiczne aspekty postaci, w skrócie; wszystko, co było ciekawsze niż relacja Misy i Lighta.

Pewnie osoby, które wcześniej miały do czynienia z Notatnikiem śmierci najbardziej interesuje jak sprawy mają się z L'em. Oczywiście o ile ktokolwiek interesował się filmem przed jego wypuszczeniem to zapewne wie, że wybór czarnoskórego aktora wzbudził drobne kontrowersje, bo przecież jak to czarnoskóry aktor, toż to poprawność polityczna, eh te Hollywood... Przy czym, osobiście, ja problemów z kolorem skóry aktorów nie mam nigdy i obeszła mnie ta informacja zupełnie. Szczególnie jeśli brać pod uwagę, że cała obsada powinna się składać z Azjatów, by zachować zgodność z oryginałem. No ale to w końcu amerykańska wersja. W każdym razie L grany przez Lakeitha Stanfielda jest specyficzny, całkiem intrygujący, ale przy tym ta postać została mocna spłaszczona, nie mówiąc rzecz jasna o tym, że to nie będzie L z pierwowzoru (choć bliżej mu do tego niż Lightowi). Nasz wspaniały detektyw prowadzany jest dość niekonsekwentnie: niby mamy powiedziane, że został największym detektywem, ponieważ przeszedł specjalny trening i jest niezwykle opanowany, po czym w filmie jest scena, gdzie wychodzi na ulicę ze święcącym (nieco futurystycznym) pistoletem, by zabić Lighta. Świetna robota filmie, prawie ci uwierzyliśmy, że chociaż będziesz konsekwentny. Prócz pewnej niekonsekwencji L jest również niesamowicie nijaki - większość scen z jego udziałem to rzucanie faktami i wnioskami, które przyszły mu do głowy, bo ma rangę najlepszego detektywa, a twórcy muszą jakoś pokazać jego intelekt. Autorzy chcą również ukazać jego dziwność, więc każą mi jeść słodycze, ale w taki niechlujny sposób, że gdy L sięga po nie do miski to bierze je garściami i większość ląduję na podłodze - nie wiem, może to ma głębsze znaczenie, może to jakiś symbol. Postać ma również kilka "agresywnych" momentów, gdzie podnosi głos i trzęsie stołem, bo przecież tak robi każdy opanowany człowiek, który przeszedł jakieś nadludzkie szkolenie. Biedny Lakeith stara się jak może, ale scenariusz mu nie pomaga. Osobiście uważam, że aktor poradziłby sobie o wiele lepiej, gdyby reżyseria filmu nie zmieniała się bezustannie i ktoś mógłby nim odpowiednio pokierować.

Podobny obraz

Film ma kilka ogromnych wad: jest głupi, jest maksymalnie niesatysfakcjonujący, do niczego nie prowadzi. Zacznijmy od pierwszej, bo wiążą się z nią najśmieszniejsze rzeczy, które nie pozwolą wam traktować tego na poważnie. Pamiętacie podstawowe zasady działania notatnika? Należy wpisać imię i nazwisko danej osoby jak i mieć przed oczami jej twarz - proste, prawda? Oczywiście scenariusz traktuje tę zasadę poważnie, bohaterowie nawet wyszukują nazwiska i zdjęcia przestępców etc. Ale jest cały wątek, w którym ta zasada nie istnieje; Light wpisuje do dziennika imię pewnej osoby i... I tylko imię, choć w zasadzie nie ma nawet pewności, czy to nie jest pseudonim. I wiecie co? Notatnik działa. Tak, Light wpisał po prostu "******" do notatnika i to działa. Albo sytuacja z początku filmu, gdzie Light zapoznaje się z zasadami działania notesu i na jednej ze stron zapisane jest, by nie ufać Ryukowi. Tak, imię Ryuka jest w dzienniku i jak widać... nie ma to znaczenia. Możemy spekulować, że osoba, która go tam wpisała nie miała przed oczami jego twarzy, ale biorąc pod uwagę jak głupi i nieprzemyślany jest ten film to raczej nie ma sensu jakkolwiek go bronić.

Okay, a teraz wróćmy na chwilę do tego, że ktoś ostrzegał przed Ryukiem, co mogłoby być fundamentem pod całkiem ciekawy wątek. Kto napisał ostrzeżenie, dlaczego? Jak potoczy się ten wątek? Spoiler: nie potoczy się, bo zaraz po tym scenariusz o nim całkowicie zapomina. Jasne, Ryuk tutaj zdecydowanie bardziej wtrąca się w to jak właściciel posługuje się notatnikiem (chociaż ponoć miał tylko patrzeć na przebieg wydarzeń i nie ingerować w nie, ale jak widać bóg śmierci zmiennym jest) i może o tym w tym wszystkim chodziło, ale nawet w takim wypadku zakończenie tego wszystkiego jest zupełnie niesatysfakcjonujące. Wciąż, Ryuk tutaj jest całkiem intrygujący i drzemie w nim niewykorzystany potencjał. Nawet jeśli ta postać jest maksymalnie niezdecydowana i scenariusz miota się pomiędzy dwoma pomysłami na nią ("ja tam się w to wolę nie wtrącać" i "cHODŹ, TROCHĘ NAMIESZAM W CAŁEJ TEJ FABULE, ŻEBY SPRAWIAĆ WRAŻENIE, ŻE COŚ SIĘ DZIEJE").

Znalezione obrazy dla zapytania Death Note netflix

Jeśli zastanawiacie się, czy ten film można obejrzeć, żeby się pośmiać to rozwieję wasze wątpliwości: nie warto. To jest film słaby, jednocześnie bardzo niezdecydowany i stanowiący kłębek wielu różnych pomysłów, z czego żaden z nich nie jest nawet w połowie satysfakcjonujący. Jasne, jest kilka scen, które był tak głupie, że zdarzyło mi się uśmiechnąć (pierwsze spotkanie Lighta z Ryukiem, którego porównanie z oryginałem lata gdzieś po internetach, zdecydowanie polecam), ale ten film nie jest wart obejrzenia, ot tak. Zakończenie jest tu w sumie jedyną ciekawą rzeczą (bo nikt nie wie co się dzieje, mamy tu uliczne wyścigi, futurystyczne pistolety i mnóstwo wrzasku); chodzi mi tu szczególnie o scenę z kołem młyńskim, które choć odrobinę wykorzystuje potencjał postaci Lighta i notatnik śmierci, ale samo zakończenie, te ostatnie sekundy filmu... Gdy pojawiły się napisy końcowe to po prostu siedziałam zastanawiając się, czy to już koniec. Czekałam nawet na scenę na napisach w nadziei, że może pojawi się coś jeszcze, ale nie. Nic takiego nie nastąpiło.

Powiedzmy, że ostatnie pięć minut filmu mnie wciągnęło i od tamtego momentu byłam gotowa na więcej, gdy tymczasem okazało się, że to koniec. I co? I nic. Kompletnie nic. Straciłam jakoś dwie godziny z życia na obejrzenie czegoś, co było maksymalnie nijakie. Toż to jest poziom niż od ekranizacji Mrocznej wieży, która przynajmniej była ciekawa i ładna wizualnie (wciąż słaba, bardzo mnie zawiódł ten film, ale tutaj było więcej elementów, które osobiście bardziej przypadły mi do gustu). Jeśli niespecjalnie interesujecie się Death Notem to raczej nie macie powodu, by obejrzeć ten film. Natomiast jeśli jesteście tym typem fana, który przerobił każdy serial, dramę, musical, anime, mangę i ogólnie każdy twór mający związek z tym tytułem to... proszę bardzo, dziwacy, bawcie się dobrze (swoją drogą jeśli ktoś, kto zna absolutnie każdą rzecz z tego uniwersum, czyta teraz ten wpis to gratuluję poświęcenia i wpadnięcia tak głęboko w to wszystko, ktoś taki musi być chyba specem w kwestii Notatnika Śmierci). 

Uważam, że netflixowy Death Note jest absolutnie nie warty czasu (i specjalnego wykupywania miesięcznego abonamentu, by go obejrzeć). Od kiedy go obejrzałam minął w zasadzie jedynie miesiąc, a ja ledwo ten film pamiętam. Wiem tylko, że potrzebowałam do niego kilku podejść, bo dosłownie usypiałam. Prócz tego w trakcie oglądania zdawałam relacje z poszczególnych scen na twitterze - to chyba najlepiej obrazu jak bardzo ten film porywa. Jeśli macie trochę wolnego czasu to zdecydowanie lepiej będzie go spożytkować na coś innego. Właśnie wyszedł cały drugi sezon My Hero Academia, więc na pewno to anime będzie lepszym wyborem niż ten film. Mówię to jako osoba, która od dłuższego czasu wypadła zupełnie z oglądania chińskich bajek, ale ta jedna podbiła jej serducho. Tak więc jest wiele możliwości, co do wykorzystania dwóch godzin życia - i większość z nich jest lepsza niż oglądanie tego filmu. Chociaż nie uważam, by był absolutnie zły; był maksymalnie słaby i pewnie za tydzień zupełnie o nim zapomnę, ale zapewnił on przynajmniej pierwszy wpis na blogu od czterech miesięcy (jestem leniwą bułą, lmao).

Podobny obraz
Ryuk się w tym filmie dobrze bawił, ja śmiałam się wraz z nim, ale nie tak bardzo, by ten film jakkolwiek wspominać.

Witam po czterech miesiącach ciszy. Nie zdziwię się jeśli ktoś pomyślał, że już nie żyję i zapomniał o tym blogu (surprise, dalej żyję (niestety)). Jak mogliście przeczytać; w trakcie ostatnich miesięcy wpadło mi się w My Hero Academia i powinniście to obejrzeć. Serio. Mam kilka problemów z tą serią, o czym chcę zrobić wpis, ale jednocześnie chcę też poczekać na mangę, na wyjście nieco dalej niż to co było w anime, by móc jeszcze poddać to głębszej analizie i może wtedy pojawi się tu jakaś notka. Może. Nie wiem. A w kwestii martwych blogasków i odpowiedzialnych blogerów niedających znaku życia przez cztery miesiące to Mysza żyje, wohoo. I po swoim długo wyczekiwanym powrocie dostarczyła więcej kontentu niż ja (po tej notce będziecie pewnie czekać kilka miesięcy na kolejną, bo nie umiem w bycie blogerem, sorry). Przy okazji; jeśli zdarzyło mi się w tej notce mieszać formy osobowe to... przyzwyczajcie się. Staram się zachować jakąś spójność, ale jestem na etapie, gdy po prostu tego nie zauważam. Potraktujcie to jako mój coming out. Z ważniejszych wieści: zmieniłem awatar, teraz to mój autoportret. Ten wpis miał się też pojawić przed moimi urodzinami, ale czwarty października już minął (więc nie umiem dotrzymywać wytyczonych przed siebie deadline'ów najwyraźniej). W każdym razie przerywam ciszę i nie ukrywam, że to nie jest recenzja, z której jestem dumny, ale dawno niczego w tym typie nie zdarzyło mi się pisać. Cztery ostatnie miesiące to był dla mnie powolny rozkład i dłubanie w opowiadaniach, nie oczekujcie po mnie zbyt wiele. To chyba tyle - żyję, jeszcze. Kiedyś pewnie coś tu jeszcze wstawię.

- Cheshire


poniedziałek, 5 czerwca 2017

Pirat pod wpływem. Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara - recenzja

Znalezione obrazy dla zapytania pirates of the caribbean 5
Koszmarne grafiki promocyjne? Check! 
Piraci z Karaibów to ówcześnie jedna z najbardziej owocnych marek Disneya. Sukces Piratów nie był jednak z góry przewidziano, bowiem pierwszy film powstał jedynie dzięki jednej z atrakcji w parku rozrywki. Jeśli ktoś obejrzał chociaż jeden film o piratach była to za pewne Klątwa Czarnej Perły, która z całej serii uważana jest za najlepszą część. Cóż, filmy z tego uniwersum nie należą do wybitnych, choć od 2003 roku z każdą częścią przynoszą studiu spory dochód, a co mniej wymagającym widzom sporą frajdę z oglądania. Niestety, przy okazji kręcenia coraz to nowych kontynuacji Piraci coraz więcej tracili, a więc gdy przyszło do Zemsty Salazara rosło sceptyczne nastawienie.

Bez Jacka Sparrowa nie ma filmu, więc nie dość, że powraca na scenę, to jeszcze skupia wokół siebie większość wątków, choć sam sprawia wrażenie bardzo niezdecydowanego jeśli chodzi o to, co sam w tym wszystkim robi. W gruncie rzeczy nic nie robi, ot potrzebujemy Jacka, bo jest twarzą marki. Ogólnie seria lubi powielać co gorsze rzeczy i z czasem pozbywać się tych lepszych, toteż pojawia się kolejny Turner, syn Willa Turnera - Henry. To właśnie jego poznajemy już na początku filmu, który jednocześnie zdradza, o co będzie się rozchodzić. Henry bowiem musi odszukać Jacka Sparrowa, by ten pomógł mu odnaleźć legendarny trójząb Posejdona, który to z kolei zdejmie klątwę z jego ojca. Jak przystało na godnego następce rodu Tunerów, chłopak przy okazji poznaje pannę, która również próbuje dociec położenia trójzębu, a ma możliwości, bowiem wytycza drogę dzięki gwiazdom. Carina (bo tak nazwa się owa dama, chociaż w filmie biorą ją za wiedźmę przez zainteresowanie nauką, co przewija się jako żart cały czas) to taka bardziej użyteczna Elizabeth Swan, ale wciąż brak w niej czegoś, co sprawiłoby, że dałoby się ją polubić. W tym wszystkim jest również rządny zemsty Salazar i Hector Barbossa, którego motywacje przez długi czas stoją pod znakiem zapytania, ale zawsze lepiej żeby Barbossa miał jakoś ratować cały film, niż gdyby miało go nie być wcale.

Podobny obraz
Pirackie życie, Hektorze. Tylko ty się tu trzymasz.
Ogólnie wszystko skupia się na poszukiwaniu trójzębu, ale tylko w teorii. Konstrukcja filmu jest tak bolesna, że przypomina zlepek przypadkowych śmiesznych scen. Pełno zbędnych gagów, nic nie wnoszących scen i zdecydowanie za dużo rumu. Dzieje się wszystko i nic, bo siedząc na sali kinowej czeka się na jakiś zwrot akcji, a film właściwie się kończy. Przez zamęt i chaos trudno mi właściwie poustawiać chronologicznie wydarzenia jakie miały miejsce w filmie, choć na tym etapie nie ma to chyba sensu. Mimo to największą bolączką filmu jest Jack, bo tym razem Johnny Deep nie odgrywa już nawet roli przygłupiego pirata (wszyscy pamiętamy jak Sparrow był interesujący w Czarnej Perle, bo był cwaniakiem udającym kretyna, a z każdą kolejną częścią ten urok z niego ulatywał, możemy teraz ostatecznie zapalić znicze), teraz gra rolę pijanego kapitana. Nawet w samym filmie poszczególni bohaterowie zwracają uwagę na fakt, że kapitan Jack się skończył. Nie byłoby to znowu takie złe, gdyby ten wątek stoczenia się pirackiej legendy jakoś pociągnąć, ale wolano zrobić z tego kolejny nieśmieszny element komediowy, a Sparrowa uczynić zupełnie odrzucającym.

Inne postacie są... niezbyt porywające. Młody Henry jest dość schematyczny, a Carina mimo starań również nie zachwyca. Bądźmy szczerzy, Salazar nie jest kimś kogo wcześniej nie widzieliśmy. W dodatku po raz kolejny spotykamy się z kimś, na kogo rzucona została klątwa. Nawet w czwartej części były morskie zombie. Twórcy starali się jakoś naprawić markę, ale jak zwykle nie wyszło. Starania widać, ale to wciąż jazda po utartych szlakach, a gdy pojawia się coś czego w Piratach wcześniej nie było, wtedy cóż, jest to źle nakreślone i wrzucone, bo na pewno się uda i będzie fajnie. Trzyma się tu tylko Barbossa, bo Geoffrey Rush w tej roli jest cudowny i stanowi najmocniejszy element całego tego chaosu. Inni aktorzy, cóż, o ile Johnny Depp gra już chyba parodię Jacka Sparrowa na autopilocie, tak Kaya Scodelario i Brenton Thwaites sprawdzają się nawet lepiej od swoich poprzedników (chociaż tamci też wysokiej poprzeczki nie ustawili). Javier Bardem mógłby wypaść lepiej, ponieważ jego bohater jest dość nijaki. Być może przez dialogi, które nie są zbyt wysokich lotów, ale jednak słaby ten antagonista.

Znalezione obrazy dla zapytania piraci z karaibów dead man tells no tales
A my mamy tylko udawać, że ich wątek to wcale nie romans. Jasne.
Nie dostajemy nic nowego, może trochę większe rozczarowanie niż zazwyczaj, bo zakończenie się absolutnie niesatysfakcjonujące. Jest kilka śmieszniejszych żartów, ale ile razy w kółko mamy się śmiać bo ,,sekstant" albo Jack jest głupi i wpadł w błoto. W kontekście do poprzednich części to Dead man tells no tales nieco psuje linię czasową i trochę tu niespójności względem innych filmów. Trzeba jedynie przyznać, że jest tu dużo ładnych kadrów i w ogóle film jest ładny. Ale wciąż niezbyt dobry. Niby jest lepiej niż poprzednio, bo tutaj piraci w końcu siedzą przez jakiś czas na statkach i jest nawet potyczka na wodzie, ale to nie to samo, co na początku Piratów.

Właściwie muszę się przyznać, bo ja bardzo lubię takie luźne, niezbyt zobowiązujące filmy o piratach. Mam takie zapotrzebowanie na piratów, że szukam ich w jakiejkolwiek formie, ale ci klasyczni, na morzu, w odpowiednich do czasu strojach mają już taki niepodważalny urok. Zawsze mam też takie wrażenie, że podobny świat jak w Piratach z Karaibów mógłby być dużo ciekawszy. Czasami próbowano go przecież urozmaicić, bo była mowa o kodeksie, o radzie. Tutaj dano nam taki dość sentymentalny fragment, a właściwie scenę będącą retrospekcją z młodym Jackiem Sparrowem. Wtedy jakoś jeszcze czuć przyjemny klimat, a gdy retrospekcja się kończy pozostaje już tylko żal. W całym filmie znalazłam jedynie trzy sceny mające potencjał wyewoluować w coś więcej, ale cóż, chyba ich rozwinięcie kłóciłoby się nieco z komediowym zamętem.

Znalezione obrazy dla zapytania pirates of the caribbean dead man tells no tales
Ja wymienię pijaka Sparrowa na tego tu, serio. 
To nie jest dobry film. W tym roku żaden inny film nie sprawił, że byłam tak zawiedziona, nie przez oczekiwania, ale przez sentyment i fakt, że naprawienie tego nie byłoby wcale aż tak trudne. Jak na razie gorzej od nowych Piratów wypadło chyba jedynie Ghost in the Shell. Naprawdę, seans kolejnych Szybkich i Wściekłych zapewnił mi więcej rozrywki. A więc pozostaje czekać, aż kiedyś dostanę jakiś dobry film o piratach. Czy to z Karaibów, czy też nie. Chyba jeszcze sobie poczekam.

- Cheshire

PS Przynajmniej motywu muzycznego jeszcze w tej serii nie uśmiercili =)