piątek, 12 maja 2017

Żebranie o lajki i reklama


W przewie pomiędzy jakimiś bardziej wartościowymi wpisami przyszłam pożebrać, bowiem zaprzedałam duszę diabłu jak ci wszyscy sławni blogerzy i w ogóle to zasięgi mi spadły i nie wiem co robić. A tak naprawdę to udaję dobrego człowieka i chcę trochę pomóc przyjaciółce.

Sprawa jest taka, że wydawnictwo J.P.Fantastica zorganizowało niedawno konkurs (w zasadzie ciągnie się on już chyba od lutego, ale shh). W tym przypadku chodziło o narysowanie komiksu poniżej ustalonego limitu stron (bodajże czterdziestu). Nagrodą miało być wydanie zbiorcze wygranych prac jak i kilka mniejszych nagród dla zwycięzców, w tym między innymi tablet graficzny. Natknęłam się na ogłoszenie konkursowe, podesłałam do zainteresowanej osoby i tak się składa, że jej praca została właśnie wrzucona na fanpage wydawnictwa, gdzie odbywa się głosowanie (standardowo należy kopsnąć like'a jako głos). Osobiście nie uważam, by była to najlepsza metoda wyłonienia zwycięzców (choć wydawnictwo zapewniało, że ostateczny głos należy do jury) i ogólnie sama organizacja konkursu według mnie mocno kuleje, a samo wydarzenie koszmarnie się przeciąga (jak na razie najdłużej oczekiwało się na same informacje o tym kto się zakwalifikował, a następnie dopiero kilka dni temu pojawiły się prace nadesłane). Mimo to głosowanie może mieć jakiś tam wpływ na ostateczną ocenę prac, a ja akurat mam przerwę od bycia bucem, więc korzystam z okazji i podrzucam link do pracy Sagallie. Doglądałam procesu powstawanie tego komiksu, wytknęłam prawdopodobnie wszystkie wady kilka razy w prywatnych wiadomościach i rzuciłam kilka sugestii jeszcze przed ostatecznym skończeniem. Właściwie nikogo nie zmuszam do głosowania na tę konkretną pracę, ale gdyby akurat komuś przypadła do gustu to zachęcam.



Swoją drogą, gdyby ktoś nie wiedział - wszystkie ilustracje w komiksie rysowane były za pomocą myszki. Kadry do wpisu dostarczyła osobiście Ellie, dlatego mają ładną jakość nie zepsutą przez fejsbuki. Nikt mi też nie płacił za reklamę, a powinien więc w sumie to słaby interes, ale przynajmniej na ostatniej stronie jestem pierwsza wymieniona w podziękowaniach, taki wygryw (Pani Cegła jako pseudonim wygrywem nie jest, ale lepsze to od Pani Pustak, więc wolę nie narzekać).

~Cheshire

sobota, 8 kwietnia 2017

Ghost in the Shell [film aktorski]

Znalezione obrazy dla zapytania Ghost in the Shell movie
Ghost in the Shell to jeden z klasyków animo-mangowego światka, pozycja znana większości zainteresowanych japońskimi tworami, chociażby z nazwy. Chyba. Przyznam, że nie nadrobiłam pierwowzoru wybierając się na wersję live action, ale zrobiłam to celowo, bo czemu w końcu nie pójść na coś na świeżo, szczególnie jeśli główną rolę w danym filmie gra Scarlett Johansson.

Film skupia się na tytułowym duchu przeniesionym do nowego, syntetycznego ciała, na skutek zabiegu mającego uratować życie głównej bohaterce, szerzej znanej jako Major. Jako że takie ciało w połączeniu z ludzkim umysłem postrzegane jest jako ,,przyszłość świata" to Major trafia do oddziału zwanego Sekcją 9, gdzie pracuje i zajmuje się łapaniem przestępców. I oczywiście prowadzi to do tego, że pojawi się złoczyńca większy od poprzednich, który zagrozi większej korporacji i wynikające z tego wydarzenia uformują cyberpunkowy film akcji z rozważaniami filozoficznymi. Nie zabraknie też śledztwa i serii tajemniczych zabójstw.

Wracając na chwilę do pierwszego akapitu, gwoli wyjaśnień - nie zapoznałam się z oryginałem przez ten cały czas od zapowiedzi aktorskiej wersji, ponieważ ani nie odczuwałam potrzeby, ani nie miałam szczególnych chęci. Nie czuję, że popełniłam jakiś wielki błąd, ponieważ fabuła filmu była dla mnie w gruncie rzeczy zrozumiała, a i nie należę do osób, które porównują oryginał z filmową adaptacją, a przynajmniej nie zawsze. Ghost in the Shell ma mangę, dostało anime, ale w takim wypadku, po co kolejny już raz serwować to samo, tyle że w innej otoczce? Gdyby każda scena, wątek, został odwzorowany ponownie 1:1 to tworzenie kolejnych ekranizacji mijałoby się raczej z celem, tym bardziej, że oryginał trochę sobie już liczy i warto by pewne rzeczy odświeżyć i przedstawić w sposób nowszy, wprowadzić coś nowego, sprawić, że historia zaintryguje nowych odbiorców? Czy tym razem się udało? Nie mam pojęcia.

Mój problem z tym filmem polega w zasadzie na tym, że wydaje mi się on mocno niezdecydowany, którym torem powinien podążać, na czym się skupiać i tworzy ostatecznie zlepek tego wszystkiego. Fabuła może miejscami ciekawa, nieco podupadła przez sposób przedstawienia, ale w jakiś niewyjaśniony sposób seans jest przyjemny. Mimo że większość filmu to rzucanie głębokimi kwestiami (dodatkowo każda potęgowała wrażenie, że wciąż mowa jest o tym samym, a mogłabym przysiąc, że w tym wszystkim było coś jeszcze), czasami po prostu spokojniejszy moment, a innym razem sceny akcji, gdzie Scarlett zrzuca płaszcz, by poruszać się w pancerzu pozwalającym jej być niewidzialną (ja tam nie narzekam).

Znalezione obrazy dla zapytania Ghost in the Shell movie

Film nie oferuje zbyt wiele nowych rzeczy, jedyną naprawdę zaskakującą rzeczą jest oprawa wizualna, scenografia, otoczenie po jakim poruszają się bohaterowie. To jak barwny jest świat przedstawiony, jednocześnie jak zróżnicowany, bowiem przyszłość przedstawiona w Ghost in the Shell to przede wszystkim taka masa wielu kultur, gdzie te wpływy widać właśnie na otoczeniu, na postaciach w dalszym planie (ale i tak twórcom zarzucono whitewashing, bo czemu nie). Wszystko inne wydaje się w jakiś sposób uproszczone, nawet dla widza takiego jak ja, który nie zapoznawał się z tym tytułem w żaden inny sposób.

Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie Ghost in the Shell, ale nie odczuwam w związku z tym zawodu. Uważam, że wiele w tym dziele można by jeszcze zawrzeć. Przede wszystkim rozwinąć dialogi, szczególnie te z Batou, ponieważ przez pierwszy akt filmu bardzo fajnie uzupełniał się z Major, a potem został zapomniany przez scenarzystę. Był, ale relacja z główną bohaterką zupełnie się rozpłynęła i jednocześnie przestało to mieć jakiekolwiek znaczenie fabularne. Mniej-więcej w połowie seansu ma również miejsce przestój, taka dłuższa chwila, w ciągu której zaczęłam się nudzić, bo nic nie szło do przodu. Coś się działo, ale fabuła właściwie stała w miejscu.

Znalezione obrazy dla zapytania Ghost in the Shell live action

Film w założeniu ma poruszać dość poważny temat, w końcu chodzi o rozważanie z serii ,,kim się naprawdę jest", o samotności, inności, ale wydaje mi się, że w tym przypadku to było jedynie liźnięcie tematu. Osobiście nie pogardziłabym, gdyby ten wątek okazał się głębszy. Być może sprawia to, że Major jeszcze bardziej zdaje się poszukiwać siebie w tym filmie, ale wypada to bardzo niezgrabnie. Oczekiwałam więcej filozofowania, a dostałam niezdecydowany miszmasz.

Nie grali też bohaterowie, którym brak czasu, złożoności i każdego można opisać zaledwie jednym określeniem. Najbardziej jednak martwi mnie fakt, że w Sekcji Dziewiątej było jednak więcej niż trzech członków, a tylko tylu udało się jakkolwiek bliżej poznać. Trudno powiedzieć cokolwiek o innych, choć ich kreacje mogłyby wypaść ciekawie, a tak poznajemy bliżej Major, Batou i Aramakiego. I nawet tu mam swoje zastrzeżenia do poprowadzenia tych bohaterów. Jest oczywiście ten zły, który dowodzi złą organizacją (powiedziałabym, że ,,przewodzi Hance", bo i tkwi w tym prawda) i nie różni się niczym od innych prezesów wielkich złych korporacji. Nie ma też chyba nawet żadnych motywów, poza tym, że jest zły. Jest oczywiście pani doktor, która w zasadzie również nie wprowadza nic nowego jako postać. Nie wiedziałam, że w podsumowaniu tego będzie tak źle.

Ghost in the Shell prawdopodobnie nie wnosi nic oryginalnego, świeżego czy swojego w tej formie, ale jest względnie dobry jako film do obejrzenia dla czystej przyjemności. Z drugiej też strony być może pchnie więcej osób do zapoznania z oryginałem. Muszę przyznać, że zaliczam się do takiego grona osób, które zdecydowanie nadrobi anime i/bądź mangę. Uważam jednak, że gdyby miała powstać kontynuacja aktorskiej wersji tak znanej i klasycznej animacji to pewnie wybrałabym się z chęcią i nadzieją, że to będzie właśnie to co chciałam, coś co nie tylko zapełni mi dwie godziny życia, ale i okaże się głębsze, pozwoli trochę pogdybać nad relacjami z poszczególnymi postaciami i będzie czymś więcej niż filmem akcji podszytym poważniejszym tematem. Może też będzie mniej sztywnych i słabych dialogów jak ten podczas herbatki (czy też spotkania z daną osobą).

To, co trzeba przyznać tej adaptacji to fakt, że ma ciekawe elementy i jest w stanie zaciekawić przez świat, jaki sobie wykreowała. W tym wszystkim jednak jedynie pierwsze piętnaście minut jest naprawdę ciekawe, bo mieści się w nich jedyna udana scena akcji, a widz rzucony jest praktycznie na głęboką wodę i wszystko wtedy jest w stanie zaciekawić. Później już tylko oczekuje się na coś porywającego, aż do finału, gdzie następuje zderzenie z rozczarowaniem.

Podobny obraz

Ghost in the Shell to zwykłe podejście do adaptacji japońskich tworów, które nie udało się, ale jednocześnie nie jest kompletną klapą. Przede wszystkim twórcy podeszli do tematu poważnie, a ich interpretacja może przypaść niektórym do gustu. Od premiery minęło trochę czasu, a ja słyszałam rozmaite opinie. Osobiście stwierdzam, że dla mnie film był rozczarowujący i ciężko nazwać mi go dobrym. Paradoksalnie, cieszę się, że mogłam go zobaczyć chociażby ze strony wizualnej, bo patrzenie na te wszystkie sceny również było przyjemnością.

Tym co trzyma widza przy ekranie jest najpewniej śledztwo toczone od początku, przy okazji którego ma miejsca kilka zwrotów akcji - mniej lub bardziej przewidywalnych. Po filmie jednak wychodzi się z sali i próbuje pozbierać myśli, bo ogólne odczucia są naprawdę mieszane. Niby nie miało się ochoty wyjść z kina, czasami nawet pojawiało się coś godnego pochwały, ale gdybym miała jakoś ocenić ten twór to... meh. Żal mi w takich momentach, że coś miało potencjał i że nawet przy poprawie kilku rzeczy całość wypadałaby o wiele lepiej. Ghost in the Shell to nie jest utwór wybitny, nawet nie dobry, ale zdolny zadowolić pewne grono odbiorców. Sama poszłam na film z własnej ciekawości i nie żałuję tej decyzji (aż tak). Przede wszystkim dla mnie to było w jakiś sposób zapoznanie się z czymś, co ma swoje powiązanie z jakimś klasycznym dziełem. No i było dużo Scarlett na ekranie i jej Major w gruncie rzeczy przypadła mi do gustu. Może kiedyś pojawi się tu też notka o oryginalnym Duchu, ale póki co jest taka kulawa recenzja filmu aktorskiego.

A że mogę jeszcze ponarzekać to narzekam i zawiadamiam, iż podczas mojego seansu nie została wyświetlona scena pocałunku (domyślam się, że z uwagi na to, że to pocałunek między dwoma kobietami i tym bardziej jestem zniesmaczona takim zabiegiem). Wspominam o tym, bo płacąc za bilet wolałabym jednak obejrzeć film w formie w jakiej trafił również do innych kin. Oczywiście też przez motywacje jakie musiały pokierować do wycięcia takiej sceny. Niefajnie. Z rzeczy mniej bulwersujących - na seansie z napisami odmieniali imię Major, przez co zwracano się do bohaterki per Majorze (nie wiem jak w anime czy mandze, ale chyba nie powinni byli odmieniać).

~Cheshire

PS Czekam na komentarze, że pewnym było, iż Ghost in the Shell będzie słabe, po tym jak w obsadzie Netflixowego Death Note znalazł się czarnoskóry aktor w roli L. Tak, trafiłam na podobne perełki zwiedzając internety i dalej nie wiem jak ma się jedno do drugiego (ani dlaczego ciemnoskóry aktor miałby nie grać L, ale ten fakt przemilczę w tej notce).

piątek, 24 marca 2017

Mitologia Nordycka w wydaniu Neila Gaimana

Najnowsza książka Neila Gaimana to zbiór wybranych mitów, które autor przedstawia czytelnikom w formie opowiadań. Wydaje mi się, że tego pana nikomu nie trzeba przedstawiać, jako że jego książki doczekały się ekranizacji, a Amerykańscy bogowie już pod koniec kwietnia powrócą w formie serialu. Jest tu ktoś oczytany, kto nie kojarzy autora Nigdziebądź czy Gwiezdnego Pyłu? Nawet jeśli to omawiane tu dzieło nie wymaga znajomości innych publikacji Gaimana.

Książka zaczyna się wstępem, w którym autor opowiada o swojej przygodzie z mitologią nordycką, która z moich obserwacji jest znacznie mniej znana od tej greckiej i wiele osób się z nią nie zapoznało bezpośrednio (bo przecież każdy kojarzy Thora w wydaniu Marvela, prawda?). Gaiman na początku stara się nam przybliżyć swoje spotkania z mitami skandynawskimi, opowiada jednak również o swoim utworze, przedstawia bohaterów, pisze też o samej mitologii. Pisarz informuje czytelnika między innymi o tym, że chciał przedstawić stare historie na nowo, jednocześnie tak, by były ciekawe i wierne oryginałom. Jako osoba lubująca się w mitach nordyckich mogę stwierdzić, że się udało.

Po wstępie i omówieniu postaci przychodzi czas na omówienie początku, a raczej tego co działo się przed nim i po nim, czyli tym co ukształtowało świat, co można uznać za podłoże wierzeń nordyckich. Następnie dostajemy ciekawsze historie skupiające się zazwyczaj na poszczególnych zdarzeniach i istotach z nimi związanymi. Wszystkie te opowiadania prowadzą rzecz jasna do końca, ale nie tylko lektury, bo Gaiman opowiada o Zmierzchu Bogów, Ragnaröku. I informacje o tym zdarzeniu pojawiają się już na wstępie, a wzmianki o schyłku świata towarzyszą i podczas czytania. Kilka motywów powtarza się w różnych historiach, co nadaje książce tego klimatu mitów, w których pewne przedmioty okazywały się użyteczne w wielu sytuacjach. Całość sprawia wrażenie jakby była w rzeczywistości opowiadana przez kogoś przy ognisku, a następnie dokładnie przeniesiona na papier. Urok tej książki tkwi w sposobie przedstawienia dawnych opowieści, zwracaniu się bezpośrednio do czytelników, jak gdyby byli słuchaczami. 
„Kiedy coś idzie nie tak, najpierw myślę, że to wina Lokiego. Oszczędza mi to mnóstwo czasu.”
Czy powinnam wspominać o tym jak barwne są same postacie w mitologii nordyckiej? Najbardziej znany będzie zapewne Thor, najsilniejszy ze wszystkich, dzierżący Mjollnir (którego zdobycie zostało opisane), lecz równocześnie niezbyt bystry. Chyba najczęściej przewijającą się w książce postacią będzie jednak Loki, który jest skomplikowany - co przyznał sam Gaiman. Przede wszystkim przez swoje działania zazwyczaj wpędza pozostałych bogów (przy czym również siebie, bowiem ich gniew i groźby są rzeczami, których nie należy bagatelizować) w kłopoty, lecz dzięki sprytowi i przebiegłości potrafi również przynieść korzyści innym. Nie można jednak odmówić mu również złośliwości, bo niekiedy jego działania nie mają motywów poza tym, że Loki uznał coś za zabawne na tyle, by przysporzyć komuś kłopotów. Przez karty lektury przewija się i Odyn, o których możemy dowiedzieć się jak posiadł swą mądrość. Wielokrotnie też pojawi się Freja, choć zazwyczaj zagniewana. Są i jednak elfy, trolle, olbrzymy i szereg innych stworzeń.

„ - Mam nadzieję, że wiesz, co robisz?                                            - Oczywiście, że wiem - odparł Thor, ale nie wiedział."
Mitologia nordycka może posłużyć jako medium pozwalające zapoznać się ze skandynawskimi mitami, przy tym zapewniając dobrą zabawę płynącą z lektury. Fani twórczości Gaimana zapewne sięgną po tę książkę prędzej czy później i prawdopodobnie nie trzeba ich zachęcać w żaden sposób. Utwór w moim odczuciu był przede wszystkim satysfakcjonujący. Znałam poszczególne historie, lecz jednocześnie świetnie bawiłam się podczas czytania. Uważam tę książkę za ciekawą i momentami śmieszną, lecz szczególnie do gustu przypadła mi interpretacja Ragnarőku, która utrzymana jest w poważnej konwencji. Są momenty, które trudno zapomnieć właśnie przez to jak zostały przedstawione.


Jeśli chodzi o wydanie to jest ona solidne. Książka opatrzona jest twardą oprawą, dodatkowo posiada wstążkę pełniącą rolę nieodłącznej zakładki, co jest miłym dodatkiem. Projekt okładki robi wrażenie, choć można być i sceptycznie do niego nastawionym. Osobiście doceniam pomysłowość i zawzięcie pewnych szczególnych cech w pojedynczych znakach i szczegółowość. Kto by się spodziewał, że w niepozornej literce ,,M" kryją się runy? Moim największym zarzutem co do okładki jest to, że zostają na niej odciski palców. Gdzieniegdzie oprawa się błyszczy (co niestety nie sprzyja zdjęciom przy moim biednym oświetleniu). Papier jest dość zwyczajny w dotyku, ale zapach druku w zupełności mi to wynagradza. Na końcu książki znajduje się również glossariusz, szczególnie pomocny dla osób mających problem z zapamiętywaniem imion.


Cóż jeszcze mogę powiedzieć? Osobiście uważam książkę za ciekawą pozycję, ponieważ autor stara się opowiedzieć dawne mity na swój sposób, jednocześnie chcą zachęcić więcej osób do zapoznania z mitologią nordycką. Czy mu się to udaje? W gruncie rzeczy zależy to od osobistych preferencji i opinii czytelnika, moim zdaniem jest to jednak ciekawe podejście do wierzeń skandynawskich i jako osoba lubiąca zarówno Gaimana jak i mitologię nordycką z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że mi się podobało. Przede wszystkim czytało się to lekko i przyjemnie, ale i pozostał niedosyt. Jeśli chcecie przeczytać coś niewymagającego, ot dla rozrywki i przy okazji poznać coś nowego (lub przypomnieć sobie historie wyjęte z mitologii nordyckiej) ta interpretacja powinna wam to zapewnić. Sama pewnie jeszcze sięgnę po Mitologię nordycką nie raz.

Nie chcę mi się już robić kolejnego zdjęcia, więc jest to. Uznajmy, że nie zepsułam ostrości aż tak.


~Cheshire

PS Patrzcie, to wytwór recenzjo-podobny.